niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział II- ON

*** Siedziałam ciasno przywiązana do krzesła. Kostki i nadgarstki traciły dopływ krwi i powoli zaczynały mi cierpnąć. Byłam w ciemnym pomieszczeniu na środku którego stał mężczyzna z moich największych koszmarów. Blond włosy, miał krótko ścięte, oczy o niebieskim kolorze patrzyły na mnie wyzywająco. Usta były rozchylone w ironicznym,a za razem złośliwym uśmiechu. Całą swoją postawą pokazywał, że jestem dla niego nikim, ale się tym nie przejmowałam.
-Co cię do nas sprowadza?- zapytał i zaśmiał się ochryple wiedząc, że on jest górą.
Nie odpowiedziałam na jego zaczepki. Patrzyłam chłodno. Gestem kazał kogoś do siebie przyprowadzić. Koło niego padła na kolana, Nadia. Wstrzymałam oddech, moje serce biło szybciej, bałam się o nią.
Mój wzrok wędrował od niej do niego, a ja nie mogłam pojąć o co tu chodzi. Chociaż, nie...mogłam ale nie chciałam przyjąć tego do wiadomości.
-Ona nie ma z tym nic wspólnego-wysyczałam przez zęby- puść ją!
Po słowach, które padły z moich ust dało się słyszeć jego szaleńczy śmiech, to nie wróżyło niczego dobrego.
Zaczęłam się wiercić na krześle bez opamiętania.
Nie mogłam na to pozwolić, nie chciałam na to pozwolić.
Nie wiedziałam nawet z jakiego powodu Nadia ma tracić życie. Jaki w tym sens? Niczego nie rozumiałam, ale w tamtej chwili nie myślałam o tym tylko marzyłam, aby w tej chwili stał się jakiś cud.
Niestety przeliczyłam się cudu nie było...tylko rozpacz.
W mojej głowie kłębiło się tysiące myśli, a jedna najważniejsza nie chciała mnie opuścić: co mogę zrobić? Jak jej pomóc?
Nagle po pomieszczeniu poniósł się huk wystrzału. Nadia osunęła się na ziemie, a z pod jej ciała sączyła się czerwona krew. Zaczęłam krzyczeć, a moją piersią zawładną nie do powstrzymania, szloch. Po policzkach płynęły mi potoki łez.
On śmiał się jakby dostał wymarzoną zabawkę. Jego osiłki wzięły krzesło na którym siedziałam i zanieśli mnie na nim do innego pomieszczenia. Szarpałam się nie chcąc jej zostawiać samej. To jednak nic nie dało.
Rozwiązali mnie i trzymając mocno skuli. Nie mogłam się ruszyć, byłam jak sparaliżowana tylko głową mogłam kręcić.
Podszedł on i... ***
Wzdrygnęłam się, nie chciałam wspominać dalszej części tego zdarzenia.
Spostrzegłam, że w chwili zamyślenia, zatrzymałam się więc ruszyłam dalej. Po chwili dotarłam przed budynek szkoły. Smutny i szary, zniechęcał do wejścia. Ale cóż zrobić mus to mus.
Niepewnie wkroczyłam do środka. Powitał mnie ogłuszający hałas rozmowy wielu uczniów i nauczycieli. Wyjęłam z torby plan szkoły. Patrząc na niego skręciłam w prawo. Tam miały być szatnie. Doszłam do celu i na jednym z wolnych wieszaków powiesiłam ubranie wierzchnie. Znów spojrzałam na plan tylko tym razem lekcyjny.
Pierwszą miałam matematykę w sali nr 20. Wiedziałam, że jest na parterze. Więc poszłam jej oszukać. Po drodze zaczepiła mnie jakaś kobieta na około 40 lat. Miała czarne włosy i zielone oczy, a twarz pokrywały już zmarszczki.
-Słucham?
-Jesteś Aliea Szafir?
-Tak, a o co chodzi?
-Nazywam się Elżbieta Krusz jestem wychowawczynią klasy do której będziesz przynależeć.
Podała mi rękę i uścisnęłam ją. Zadzwonił dzwonek.
-Miło mi panią poznać...
Uśmiechnęła się ciepło.
-Zaprowadzę cię do odpowiedniej klasy, gdzie masz teraz lekcje?
-W sali numer 20.
-Dobrze, chodźmy.
Poszłam za nią. Stanęłyśmy przed drzwiami do pomieszczenia. Zapukała lekko, a za razem stanowczo.
Po czym weszła do środka, gestem okazała abym szła za nią i tak zrobiłam.
Wszyscy patrzyli się na mnie z nieukrywanym zaciekawieniem, a ja poczułam się trochę niekomfortowo.
-Pragnę wam przedstawić waszą nową koleżankę, Aliee Szafir. Niedawno się tu przeprowadziła więc proszę bądźcie dla niej mili i wyrozumiali.  Usiądź gdzieś, kochaniutka.
Ruszyłam do ostatniej ławki, która była wolna. Stała przy ścianie, trzecia od przodu. Zajęłam swoje miejsce, a nauczycielka matematyki- wysoka, koścista kobieta o farbowanych blond włosach- wznowiła swoją lekcje.
Czułam ciężar skierowanych na mnie spojrzeń. Wiedziałam, że wzbudzę zainteresowanie, ale tak wielkiego się nie spodziewałam, a raczej nie byłam do niego przyzwyczajona.
Nie słuchałam tego co mówiła nauczycielka, siedziałam tylko pogrążona w myślach.
Drgnęłam zaskoczona kiedy zadzwonił dzwonek obwieszczający przerwę. Spakowałam swoje książki i ruszyłam ku wyjściu z klasy. Zostałam niestety zatrzymana w połowie drogi. Przede mną stanął typowy narcyz. Uniosłam brew w niemym pytaniu, na co on wyszczerzyła się cwaniacko.
-Cześć śliczna...
-Odsuń mi się z drogi- syknęłam przez zęby.
-Uuu, ostra. Lubie takie.
Westchnęłam ciężko i siłą odsunęłam go sobie z drogi. Stał tam jak kołek nie mogąc pojąć w jaki sposób to zrobiłam.
Wyszłam z pokoju z lekkim uśmiechem na ustach. Na początku byłam zadowolona ze swojego wyczynu, ale później uświadomiłam sobie co to mogło oznaczać. Spoliczkowałam się w myślach za swoją głupotę. Mogłam przecież sprowadzić kłopoty na siebie i Marye. Czego obie nie chciałyśmy. Spojrzałam znów na plan. Miałam mieć polski w sali 47, ale nie pamiętam na którym piętrze. Poszukałam w torbie kartki z rozmieszczeniem sal, ale nie mogłam jej znaleźć.
Znów westchnęłam. Czemu mnie prześladuje taki pech? Czym ja sobie na to zasłużyłam? Niestety na to pytanie nie znałam odpowiedzi. Chociaż szkoda...
Stałam tak na korytarzu zastanawiając się gdzie mam iść, niestety nic nie przychodziło mi do głowy.
Usłyszałam chrząknięcie za plecami. Odwróciłam się szybko na pięcie, a moje spojrzenie padło na brązowe, niemal czarne oczy. Były bardzo blisko, natychmiast się odsunęłam. Przede mną był chłopak, którego widziałam w drodze do szkoły.
-Cześć. Jak się nazywasz?
-Jestem Aliea Szafir, a ty?
-Wiktor Kruchy. Szukasz czegoś albo kogoś?
-Wiesz gdzie jest sala 47? Mam tam teraz lekcje, a gdzieś zgubiłam plan szkoły...
Wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Jasne choć.
Wziął mnie za rękę, ale się wyrwałam. Popatrzyłam na niego z uniesioną brwią. Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Westchnęłam zrezygnowana.  Doszliśmy na koniec korytarza i wspięliśmy się po schodach na drugie piętro. Potem podeszliśmy do drugich drzwi z lewej strony.
Otworzył je przede mną w geście dżentelmena. Skinęłam mu uprzejmie głową i weszłam do środka, on za mną.
-Jesteś z tej kasy?- zapytałam.
-Tak- uśmiechnął się- jak chcesz możesz siąść ze mną...
-Nie wierze! Żadna dziewczyna nie chciała z tobą siąść, to coś ty im robił?- powiedział ironicznie.
-Hm...chciało siąść wiele, ale wiesz...wszystkie były zbyt nachalne.
-Na prawdę! A cóż takiego uczyniłam, że zasługuje na ten zaszczyt?
-Nie wiem, ale coś wymyśle-mrugnął do mnie.
Parsknęłam śmiechem, a on ze mną.
-Dobra to może powiedz mi która ławka jest wolna?
-Niestety tylko te z przodu...
-No dobra to wole już siąść z tobą...
Poszedł przodem, zatrzymał się przy drugiej ławce od końca przy ścianie. On usiadł z lewej strony, a ja z prawej.
Zadzwonił dzwonek. Rozpakowaliśmy się i siedzieliśmy tak. Cały czas czułam ciężar spojrzeń na mnie skierowanych. Nie było to przyjemne.
-Kto się na mnie gapi?- mruknęłam do Wiktora.
Najpierw spojrzał zdziwiony, później rozejrzał się po klasie.
-Wszyscy, dziewczyny z zawiścią o mnie, a chłopaki ze szczerym zainteresowaniem...
-Wystarczyłoby to pierwsze słowo.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział I- 9 lat później

-Wstawaj! Jesteśmy na miejscu- powiedziała Marya szturchając mnie w ramie.
-Już, już wstaję- odezwałam się sennie.
Przetarłam dłonią oczy i ziewnęłam głęboko, przeciągając się.
Wyjrzałam przez okno. Nasz samochód stał przed nowoczesnym domkiem jednorodzinnym. Wysiadłam z auta i przyjrzałam się budynkowi. Był pomalowany na biało, z ciemnoczerwonym dachem i tego samego koloru drzwiami. Taras który popieramy dwie kolumny był osłonięty. Jego podłoga pokryta była panelami. Na niej stała drewniana huśtawka i mały stoliczek. Na barierkach wokoło ustawiono doniczki pełne różnokolorowych kwiatów. Przez chwilę napawałam się tym widokiem.
Potem pomogłam Maryi wyciągać walizki z samochodu i przytaszczyć je do domu. Opadłyśmy zmęczone na fotele w salonie. Meble z jasnego drewna wspaniale tutaj wyglądały, a czerwona kanapa dodawała szyku. Ściany białe z czarnymi, skomplikowanymi wzorkami w rogach i szare zasłony w oknach.
-Zrobię lemoniadę- powiedziałam i wstałam ociężale z miękkiego siedzenia.
-Mamy cole i kostki lodu w zamrażarce...-podpowiedziała moja siostra.
Pokiwałam głową i skierowałam się do kuchni. Ściany były tam pomalowane na jaskrawą limonki. Meble były białe, tak samo jak podłoga zrobiona z płytek. Podeszłam do szafek i zaczęłam je otwierać dopóki nie znalazłam odpowiedniej. Wyjęłam dwie szklanki i nalałam do nich napoju. Wyłożyłam z lodówki pojemniczek z lodem i włożyłam po 4 kostki do każdego naczynia. Wróciłam do salonu i podałam Maryi jedną ze szklanek. Usiadłam znów na fotelu i zaczęłam pić powoli cole. Usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. Wstałam, odłożyłam na stolik napój i poszłam do drzwi. Ostrożnie wyjrzałam przez wizjer. Stała tam starsza pani z ciastem na moje oko czekoladowym.  Otworzyłam drzwi, a staruszka uśmiechnęła się do mnie.
-Dzień dobry-powitałam ją.
-Dzień dobry. Jak miło, że ktoś zamieszkał w tym domu. Stał tyle czasy pusty...-zaczęła mówić.
-Tajk ja też się ciesze-powiedziałam-niech pani wejdzie-odsunęłam się od drzwi wpuszczając sąsiadkę do środka- Marya! Mamy gościa, sąsiadka przyszła!
Mimowolnie wyobraziłam sobie jak wyskakuje tu w swoim ulubionym stroju złożonym z czarnych leginsów, czarnej bluzki na grubszych ramiączkach i czarnej skórzanej kurtki z kozakami nad kostkę.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli.
Po chwili przyszła moja siostra. Uśmiechnęła się do kobiety i uścisnęła z nią dłoń przedstawiając się:
-Marya Szafir.
-Bożena Lubowska- odpowiedziała.
-A ja jestem Aliea- wtrąciłam nieśmiało.
-Jak miło. Przyjaciółki w moim sąsiedztwie. Mam nadzieje, że będziecie do mnie wpadać.
-Jesteśmy siostrami i z wielką przyjemnością będziemy chodziły do pani na pogaduszki. Teraz zapraszam do kuchni-gestem pokazała, aby szła za nią i ruszyłyśmy do kuchni.
Nalałam wody do czajnika i przygotowałam kubki z naparem. Usiadłam na krześle przy siostrze.
-Na jak długo się tutaj wprowadziłyście?- zapytała staruszka.
-Nie wiemy-odpowiedziała Marya niepewnie-czas pokaże!
Uśmiechnęłam się do pani Bożeny.
-Może zje pani coś?- zagadnęłam.
-Pokrój to ciasto, które przyniosłam, czekoladowe.
Na jej ustach pojawił się uśmiech, kiedy zobaczyła moją rozradowaną minę.
Zabrałam się krojenie smakołyku, przy okazji zalewając naszą herbatę wrzątkiem. Postawiłam kubki i talerze na stoliku.
Rozmawiałyśmy z miłą staruszką jeszcze jakąś godzinę.
Potem poszłyśmy z siostrą ją odprowadzić. Kiedy wróciłyśmy obejrzałyśmy jeszcze jakiś film w telewizji.
Nim się obejrzałam była 22:00. Weszłam do mojego pokoju. Niebieskie meble i pastelowe ozdoby, czarny dywan i pościel. Wszystko wyglądało cudownie.
Zabrałam niezbędne rzeczy i zamknęłam się w łazience. Po toalecie poszłam spać. Położyłam się i po chwili odpłynęłam do krainy snów.
Śniła mi się zielona łąka pełna kolorowych kwiatów. Siedziałam pod drzewem i patrzyłam na zachód słońca. Biała suknia, którą na sobie miałam marszczyła się na trawie.
W pewnym momencie pojawił się jakiś chłopak. Niebieskie tęczówki wpatrywały się we mnie natarczywie. Włosy o piaskowym odzieniu blondu poruszały się na wietrze. Czarna koszula powiewała w podmuchach delikatnego ciepłego wiatru.
Uśmiechnął się, podszedł do mnie usiadł obok nieprzerwanie patrząc na mnie.
Obudziłam się na dźwięk budzika.
Na chybił trafił wyłączyłam go. Ziewnęłam głęboko i przeciągnęłam się, siadając.
Podeszłam do szafy i wzięłam coś do ubrania. W łazience się przebrałam. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje odbicie. Pofarbowane, czarne włosy opadały kaskadami na moje ramiona nadając cerze bledszy odcień. Błękitne oczy patrzyła czujnie i nieufnie. Pełne usta rozciągały się w leniwym pozornie szczerym uśmiechu. Miałam na sobie granatową koszule w czarne paski i białe dżinsy.
Po oględzinach zeszłam na dół. Już w korytarzu słyszałam jak, Marya krząta się w kuchni, a do moich nozdrzy doszedł zapach cynamonu.
Weszłam do kuchni i powitałam siostrę szerokim uśmiechem wraz ze słowami:
-Dzień dobry!
Odwzajemniła mój gest i postawiła na stole dwa talerze z zapiekanką ryżową.
-Mhm...moja ulubiona. Kocham cię siostrzyczko.
Prychnęła.
-Jakbym nie wiedziała!
Zjadłyśmy śniadanie w przyjemnej ciszy.
Rozkoszowałam się smakiem dania i popijałam sokiem jabłkowym.
Gdy skończyłyśmy wzięłam nasze talerze i umyłam nad zlewem.
Potem pocałowałam ją w policzek, dziękując i poszłam do siebie.
Wzięłam torbę, spakowałam odpowiednie książki i już stałam w hallu, ubierając się. Gotowa opędziłam na przystanek autobusowy. Bo do szkoły miałam kawał drogi.
Szłam brukowaną ulicą tuż obok asfaltowej drogi, co rusz mijałam nieduże drzewa o zielonych liściach, połyskujących w promieniach słońca. Po drodze mijałam niewielu ludzi.
Wreszcie dotarłam do celu. Stanęłam przy czerwonym przystanku. Ściany ze szkła oblepione były plakatami, albo pomalowane grafit, a w niektórych miejscach nawet popękane.
Nie wyróżniałam się w tłumie. Czarna kurtka i biała apaszka były przewidywalnym zestawem.
Nadjechał mój autobus. Wsiadłam nieśpiesznie. Usiadłam na jednym z wielu wolnych miejsc i patrzyłam przez okno. O bilet nie musiałam się martwić, Marya załatwiła mi miesięczny jeszcze przed tym jak tu przyjechałam.
Pojazd ruszyła, a wraz z nim krajobraz. Mijaliśmy wiele małych sklepików, bloków i ludzi.
Każdy z nich gdzieś się spieszył. Szary tłum i niczym nie wyróżniające się postacie. Mimowolnie przypomniała mi się piosenka i jej wers,,Zakładasz szary płaszcz 
Łatwo wtapiasz się ...''  Na moich ustach mimowolnie zagościł uśmiech. Autobus zatrzymał się, a ja wysiadłam na tym przystanku. Ruszyłam nieśpiesznym krokiem w stronę liceum. Razem ze mną podążali tam też inni nastolatkowie.
Mijałam ich bez szczególnego zainteresowania. Aż nagle moją uwagę przyciągnął chłopak o piaskowych włosach. Odwrócił twarz w moją stronę. Ujrzałam brązowe oczy, średni nos i piękne usta.
Przez chwilę wydawało mi się, że widzę Jego.
Odwróciłam głowę, a w moich myślach pojawiła się czarna otchłań wspomnień...