*** Siedziałam ciasno przywiązana do krzesła. Kostki i nadgarstki traciły dopływ krwi i powoli zaczynały mi cierpnąć. Byłam w ciemnym pomieszczeniu na środku którego stał mężczyzna z moich największych koszmarów. Blond włosy, miał krótko ścięte, oczy o niebieskim kolorze patrzyły na mnie wyzywająco. Usta były rozchylone w ironicznym,a za razem złośliwym uśmiechu. Całą swoją postawą pokazywał, że jestem dla niego nikim, ale się tym nie przejmowałam.
-Co cię do nas sprowadza?- zapytał i zaśmiał się ochryple wiedząc, że on jest górą.
Nie odpowiedziałam na jego zaczepki. Patrzyłam chłodno. Gestem kazał kogoś do siebie przyprowadzić. Koło niego padła na kolana, Nadia. Wstrzymałam oddech, moje serce biło szybciej, bałam się o nią.
Mój wzrok wędrował od niej do niego, a ja nie mogłam pojąć o co tu chodzi. Chociaż, nie...mogłam ale nie chciałam przyjąć tego do wiadomości.
-Ona nie ma z tym nic wspólnego-wysyczałam przez zęby- puść ją!
Po słowach, które padły z moich ust dało się słyszeć jego szaleńczy śmiech, to nie wróżyło niczego dobrego.
Zaczęłam się wiercić na krześle bez opamiętania.
Nie mogłam na to pozwolić, nie chciałam na to pozwolić.
Nie wiedziałam nawet z jakiego powodu Nadia ma tracić życie. Jaki w tym sens? Niczego nie rozumiałam, ale w tamtej chwili nie myślałam o tym tylko marzyłam, aby w tej chwili stał się jakiś cud.
Niestety przeliczyłam się cudu nie było...tylko rozpacz.
W mojej głowie kłębiło się tysiące myśli, a jedna najważniejsza nie chciała mnie opuścić: co mogę zrobić? Jak jej pomóc?
Nagle po pomieszczeniu poniósł się huk wystrzału. Nadia osunęła się na ziemie, a z pod jej ciała sączyła się czerwona krew. Zaczęłam krzyczeć, a moją piersią zawładną nie do powstrzymania, szloch. Po policzkach płynęły mi potoki łez.
On śmiał się jakby dostał wymarzoną zabawkę. Jego osiłki wzięły krzesło na którym siedziałam i zanieśli mnie na nim do innego pomieszczenia. Szarpałam się nie chcąc jej zostawiać samej. To jednak nic nie dało.
Rozwiązali mnie i trzymając mocno skuli. Nie mogłam się ruszyć, byłam jak sparaliżowana tylko głową mogłam kręcić.
Podszedł on i... ***
Wzdrygnęłam się, nie chciałam wspominać dalszej części tego zdarzenia.
Spostrzegłam, że w chwili zamyślenia, zatrzymałam się więc ruszyłam dalej. Po chwili dotarłam przed budynek szkoły. Smutny i szary, zniechęcał do wejścia. Ale cóż zrobić mus to mus.
Niepewnie wkroczyłam do środka. Powitał mnie ogłuszający hałas rozmowy wielu uczniów i nauczycieli. Wyjęłam z torby plan szkoły. Patrząc na niego skręciłam w prawo. Tam miały być szatnie. Doszłam do celu i na jednym z wolnych wieszaków powiesiłam ubranie wierzchnie. Znów spojrzałam na plan tylko tym razem lekcyjny.
Pierwszą miałam matematykę w sali nr 20. Wiedziałam, że jest na parterze. Więc poszłam jej oszukać. Po drodze zaczepiła mnie jakaś kobieta na około 40 lat. Miała czarne włosy i zielone oczy, a twarz pokrywały już zmarszczki.
-Słucham?
-Jesteś Aliea Szafir?
-Tak, a o co chodzi?
-Nazywam się Elżbieta Krusz jestem wychowawczynią klasy do której będziesz przynależeć.
Podała mi rękę i uścisnęłam ją. Zadzwonił dzwonek.
-Miło mi panią poznać...
Uśmiechnęła się ciepło.
-Zaprowadzę cię do odpowiedniej klasy, gdzie masz teraz lekcje?
-W sali numer 20.
-Dobrze, chodźmy.
Poszłam za nią. Stanęłyśmy przed drzwiami do pomieszczenia. Zapukała lekko, a za razem stanowczo.
Po czym weszła do środka, gestem okazała abym szła za nią i tak zrobiłam.
Wszyscy patrzyli się na mnie z nieukrywanym zaciekawieniem, a ja poczułam się trochę niekomfortowo.
-Pragnę wam przedstawić waszą nową koleżankę, Aliee Szafir. Niedawno się tu przeprowadziła więc proszę bądźcie dla niej mili i wyrozumiali. Usiądź gdzieś, kochaniutka.
Ruszyłam do ostatniej ławki, która była wolna. Stała przy ścianie, trzecia od przodu. Zajęłam swoje miejsce, a nauczycielka matematyki- wysoka, koścista kobieta o farbowanych blond włosach- wznowiła swoją lekcje.
Czułam ciężar skierowanych na mnie spojrzeń. Wiedziałam, że wzbudzę zainteresowanie, ale tak wielkiego się nie spodziewałam, a raczej nie byłam do niego przyzwyczajona.
Nie słuchałam tego co mówiła nauczycielka, siedziałam tylko pogrążona w myślach.
Drgnęłam zaskoczona kiedy zadzwonił dzwonek obwieszczający przerwę. Spakowałam swoje książki i ruszyłam ku wyjściu z klasy. Zostałam niestety zatrzymana w połowie drogi. Przede mną stanął typowy narcyz. Uniosłam brew w niemym pytaniu, na co on wyszczerzyła się cwaniacko.
-Cześć śliczna...
-Odsuń mi się z drogi- syknęłam przez zęby.
-Uuu, ostra. Lubie takie.
Westchnęłam ciężko i siłą odsunęłam go sobie z drogi. Stał tam jak kołek nie mogąc pojąć w jaki sposób to zrobiłam.
Wyszłam z pokoju z lekkim uśmiechem na ustach. Na początku byłam zadowolona ze swojego wyczynu, ale później uświadomiłam sobie co to mogło oznaczać. Spoliczkowałam się w myślach za swoją głupotę. Mogłam przecież sprowadzić kłopoty na siebie i Marye. Czego obie nie chciałyśmy. Spojrzałam znów na plan. Miałam mieć polski w sali 47, ale nie pamiętam na którym piętrze. Poszukałam w torbie kartki z rozmieszczeniem sal, ale nie mogłam jej znaleźć.
Znów westchnęłam. Czemu mnie prześladuje taki pech? Czym ja sobie na to zasłużyłam? Niestety na to pytanie nie znałam odpowiedzi. Chociaż szkoda...
Stałam tak na korytarzu zastanawiając się gdzie mam iść, niestety nic nie przychodziło mi do głowy.
Usłyszałam chrząknięcie za plecami. Odwróciłam się szybko na pięcie, a moje spojrzenie padło na brązowe, niemal czarne oczy. Były bardzo blisko, natychmiast się odsunęłam. Przede mną był chłopak, którego widziałam w drodze do szkoły.
-Cześć. Jak się nazywasz?
-Jestem Aliea Szafir, a ty?
-Wiktor Kruchy. Szukasz czegoś albo kogoś?
-Wiesz gdzie jest sala 47? Mam tam teraz lekcje, a gdzieś zgubiłam plan szkoły...
Wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Jasne choć.
Wziął mnie za rękę, ale się wyrwałam. Popatrzyłam na niego z uniesioną brwią. Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Westchnęłam zrezygnowana. Doszliśmy na koniec korytarza i wspięliśmy się po schodach na drugie piętro. Potem podeszliśmy do drugich drzwi z lewej strony.
Otworzył je przede mną w geście dżentelmena. Skinęłam mu uprzejmie głową i weszłam do środka, on za mną.
-Jesteś z tej kasy?- zapytałam.
-Tak- uśmiechnął się- jak chcesz możesz siąść ze mną...
-Nie wierze! Żadna dziewczyna nie chciała z tobą siąść, to coś ty im robił?- powiedział ironicznie.
-Hm...chciało siąść wiele, ale wiesz...wszystkie były zbyt nachalne.
-Na prawdę! A cóż takiego uczyniłam, że zasługuje na ten zaszczyt?
-Nie wiem, ale coś wymyśle-mrugnął do mnie.
Parsknęłam śmiechem, a on ze mną.
-Dobra to może powiedz mi która ławka jest wolna?
-Niestety tylko te z przodu...
-No dobra to wole już siąść z tobą...
Poszedł przodem, zatrzymał się przy drugiej ławce od końca przy ścianie. On usiadł z lewej strony, a ja z prawej.
Zadzwonił dzwonek. Rozpakowaliśmy się i siedzieliśmy tak. Cały czas czułam ciężar spojrzeń na mnie skierowanych. Nie było to przyjemne.
-Kto się na mnie gapi?- mruknęłam do Wiktora.
Najpierw spojrzał zdziwiony, później rozejrzał się po klasie.
-Wszyscy, dziewczyny z zawiścią o mnie, a chłopaki ze szczerym zainteresowaniem...
-Wystarczyłoby to pierwsze słowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz