poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział V-Powrót

 Chciałam was przeprosić, że tak późno dodaje wpis, ale byłam w szpitalu...i nie bardzo mogłam...
A później odrabianie wszystkich zaległości ;-; To straszne! 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Otuliła nas ciemność. Co chwile rozpraszana przez mknące gwiazdy. Nagle wszystko spowiła oślepiająca jasność. Zamknęłam oczy chcąc się przed nią ochronić.
Wszystko powróciło do normy. Stałyśmy na placu, przed pałacem. Główną siedzibą, z za razem domem królewskiej rodziny. Biały marmur świetnie komponował się z czarnymi dachami wież. Gotyckie okna nadawały stylu i klasy. Wielkie wrota były zamknięte, a po obydwu stronach stali żołnierze w lekkiej zbroi i niebieskiej pelerynie ze srebrnym herbem. Tarczą przez którą przeplatał się bluszcz i ustawiony na krzyż miecz. Dokładnie tak jak zapamiętałam. Rozejrzałam się jeszcze dookoła. Potężny marmurowy mur był dopasowany do ścian budowli. Wejście które otaczała krata było otwarte, ale też strzeżone. Odwróciłam głowę do Królowej Kalipso.
Pochwyciwszy mój wzrok uśmiechnęła się i ruszyłyśmy w stronę wejścia do pałacu. Gdy stanęłyśmy na przeciwko wrót, żołnierze uklękli na jedno kolano, a później otworzyli nam. Weszłyśmy do środka. Od razu pojawiła się przy nas służąca, skłoniła się i pochyliła głowę w wyrazie pokory.
-Niczego nam na razie nie trzeba, dziękuje Elaino.
-Dobrze, Pani.
Odeszła.
Trochę mnie to zaskoczyło.
Marya też kiedyś pracowała w pałacu, ale mówiła że tego nie znosi. Tego poniżania i pogardy jaką jej okazują możni.
Widocznie dużo się od tamtej pory zmieniło. Ale co poradzić w końcu to już dziewięć lat...
Westchnęłam w duchu.
Czy to możliwe żeby było lepiej?
Jeszcze raz na nią spojrzałam.
-Czy...-przerwałam bojąc się odpowiedzi- Czy oni żyją?
Od raz wiedziała o kim mówię. Spojrzała na mnie smutno.
-Nie dałam rady ich uratować- jej głos był pełen żalu  i rozgoryczenia.
Schyliłam  głowę, a jedna moja łza uciekła i potoczyła się po policzku.
Takiej odpowiedzi się bałam.
Poczułam ramię siostry, które mnie oplotło. Przytuliłam się do niej.
Kolejny powód do rozpaczy, kolejne rany, kolejne łzy...
Odsunęłam się od Maryi, otarłam łzy. Uśmiechnęłam się. Nie chciałam pokazywać mojej słabości. Nie teraz, gdy tylko zostanę sama będę mogła płakać ile dusza zapragnie.
Westchnęła, ona wiedziała. Zawsze wiedziała.
Ale nie chciała naciskać.
-Na pewno chcecie odpocząć, zobaczyć swoje komnaty- powiedziała jak gdyby nigdy nic.
Pokiwałyśmy głowami.
Kalipso weszła na schody. Po kilku skrętach w różne korytarze, doszłyśmy.
Wskazała na sąsiadujące ze sobą drzwi.
-Gdy będziecie czegoś potrzebować zawołajcie służące. Do zobaczenia na kolacji.
Skinęła nam głową i odeszła.
Popatrzyłam na siostrę.
Uśmiechnąwszy się  do siebie weszłyśmy do osobnych komnat.
Pomieszczenie było pomalowane na piękny pacyficzny odcień błękitu. Srebrne zdobienia na białych meblach wyglądały przepięknie. Wielkie łoże z baldachimem, stało na środku. Komoda, jakaś duża szafa i toaletka.
Odkryłam, że mogę wyjść z mojego pokoju na balkon.
Podeszłam do szklanych drzwi i otworzyłam je.
 Natychmiast uderzył we mnie ciepły podmuch.
Westchnęłam błogo.
Płytki zdobiące podłogę dawały przyjemne ciepło po nagrzaniu za dnia.
Zdjęłam buty.
Odstawiłam je w kąt i podeszłam do balustrady.
Moim oczom ukazał się wspaniały widok.
Rozciągające się aż po horyzont połacie lasu i pól. Kamienne i drewniane domy.
Wszystko wyglądało tak spokojnie, jak nigdy dotąd.
Zamknęłam oczy pozwalając myślom odpłynąć. Stracić kontakt ze światem.
Tak bardzo pragnęłam poczuć się choć przez chwilę bezpieczna. Ale próżne moje wysiłki. Nigdy nie doznałam czegoś takiego jak spokój.
Czerń strachu rozprzestrzeniała się w moim sercu każdego dnia, zbierając coraz większe plony, niszcząc moją psychikę.
Pogrążając mnie. Odizolowując. Stwarzając złudzenie ponurej bezradności.
Potrząsnęłam głową by odrzucić nieprzyjemne myśli.
To nie był sposób na lepsze samopoczucie.
To nie był sposób na nic.
Puste rozmyślania, bez sensu.
Nimi nic nie zmienię.
A właśnie na to przyszedł czas na zmiany.
Teraz ja miałam stać się kowalem swojego losu.
 Wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, błędy, porażki i triumfy.
I to właśnie chciałam zrobić.
Teraz to tylko i wyłącznie moje życie.







piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział IV- Prośba.

 Przepraszam, że tak długo nie pisałam (o ile kogoś to interesuje), ale zepsuł się komputer. To moje jedyne wytłumaczenie.  Pozdrawiam wszystkich czytających (i niedających o sobie znać za razem).
Emilka ;33

~*~*~*~
Usiadłam na kanapie. Po prawej miałam moją siostrę, a po lewej ją. Obie siedziały na fotelach.
Spojrzałam na kobietę, która nas odwiedziła. Miała na sobie tą samą suknie. Ale tym razem patrzyła na mnie z powagą co lekko wyostrzyło jej rysy twarzy. Czułam się trochę nieswojo, pod spojrzeniem jej zielonych oczu..
Westchnęłam cicho, miałam złe przeczucia.
-To o co chodzi? Kim pani jest? I co pani tu robi?
-Jestem Kalipso, jak już ci mówiłam i przybyłam by prosić cię o jeszcze jedną przysługę-w jej oczach dostrzegłam błysk niepewności.
Coś nowego.
-Nie sądzi pani, że sama pomoc pani bratanku to już sporo zwłaszcza, że nawet nie wiem gdzie go szukać-zamilkłam.
Westchnęła i potarła ze zmęczeniem czoło.
-Wiem, ale tym razem chodzi o coś więcej. Czuje w tobie magię, która nie pojawiła się od tysiącleci. Tylko ty możesz uratować nasz świat i lud Cross. Potrzebujemy cię- natarczywie się we mnie wpatrywała.
A mnie dopadła nagła suchość w ustach, oczy zalśniły mi od powstrzymywanych łez. Cross...świat który dawno temu skazał mnie na potępienie,jego mieszkańcy, którzy jak się spodziewałam zabili moich rodziców i my dwie, moja siostra i ja w obcym świecie, na obcej ziemi, same. Nie wiem czy potrafiłam to wybaczyć. Bólu nie da się zapomnieć, jeszcze trudniej go przebaczyć. Czy byłam na to gotowa? Musiałam się nad tym zastanowić.
Wstałam gwałtownie  i pobiegłam do swojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi i padłam na łóżko zalewając się łzami. Płakałam bez opamiętania. Przez cały ten czas tłumiłam uczucia. Starałam się być silna, dla Maryi. Wiedziałam,że jej jest równie ciężko. Po pewnym czasie usłyszałam pukanie. Nie odpowiedziałam, ale moja siostra i tak weszła do środka. Podeszła do mnie i mocno mnie przytuliła, teraz płakałyśmy razem.  Wylewając żal, tęsknotę, ból, niepewność i wszystkie skrajne emocje towarzyszące nam do tej pory.
W końcu uspokoiłyśmy się na tyle by już nie szlochać. Ale nadal trwałyśmy w uścisku.
-Może powinnyśmy do niej wrócić, bo jeszcze pomyśli, że coś nam się stało-powiedziala moja siostra.
-Dobrze-odparłam.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie i poszłyśmy do salonu.
Mój uśmiech zbladł, a wargi powoli opadły.
Westchnęłam.
Znowu usiadłam i spojrzałam na Kalipso bez żadnego wyrazu.
Moja twarz była nie ruchoma niczym marmur.
To był mój sposób na radzenie sobie z trudnościami. A raczej problemem z opanowywaniem emocji. Marya zawsze mówiła, że można ze mnie czytac ja z otwartej księgi.
Dlatego musiałam opanować tą sztukę i zajęło mi to sporo czasu.
-Czego wymagasz ode mnie i mojej siostry?- zadałam pytanie jako pierwsza, ale zimno niczym lód.
-Niczego, chciałam prosić tylko o pomoc. Nie mogę wymagać, kiedy wiem ile krzywdy stało się wam z winy naszych decyzji. Nic tego nie zmaże i jestem tego świadoma. Dlatego powiem jeszcze raz, proszę pomóżcie mi ocalić mój lód.
W jej głosie zabrzmiały błagalne nuty.
Zdziwiło mnie nie to. W końcu osoby na jej pozycji były przyzwyczajone do wydawania rozkazów i często nie przyjmowały odmowy.
Dlatego te słowa miały podwójną wartość.
Spojrzałam na siostrę. Mimo maski doskonale wyczuwała moje emocje. Byłam jednocześnie zdziwiona i poddenerwowana.
-Ale nadal nie wiemy w czym mamy ci pomóc. Nie możemy pakować się w nieznane, a później poszukiwać rozwiązania po omacku.
Kiwnęła głową, przy czym marchewkowe włosy opadły na jej twarz. Odsunęła je zniecierpliwionym ruchem ręki.
-Potrzebuje cię- spojrzała na mnie- abyś uzdrowiła lasy i stworzenia w nich żyjące. Stało się coś, a my nie wiem co. I to nas niepokoi, bo nie możemy pomóc nie znając problemu.
Skinęłam głową.
-Ale jak mam wam pomóc? Nie znam się ani na roślinach ani na zwierzętach.
Uśmiechnęła się do mnie dobrodusznie.
-Znasz-powiedziała cicho-ale musisz sobie to przypomnieć. Zostałaś przez Nią wybrana.
Zmarszczyłam brwi skonsternowana. Co to miało znaczyć, jaką nią?
Już dawno zapomniałam nauki z tamtego świata, miałam tylko osiem lat, a wszystkie tamte informacje zostały wyparte przez wszystko co musiałam sobie przyswoić.
Marya natychmiast spojrzała się na mnie ze smutkiem i potwierdzeniem sobie tylko znanych przypuszczeń.
Nie spodobało mi się to spojrzenie. Zwiastowało coś złego, tylko jeszcze nie wiedziałam co. A to było bardzo niepokojące.
-Nie rozumiem. Kim jest ta Ona? I dlaczego mam być jej wybranką? Przecież to nieprawdopodobne- ostatnie mruknęłam do siebie pod nosem.
-Zostałaś wybrana przez samą Mer, matkę natury. Ona pobłogosławiła cię. Dała ci dary, dzięki którym będziesz w stanie nas uratować.
Coś tu było nie tak. Czułam to, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Podświadomie wiedziałam, że nie mówi mi prawdy. To było frustrujące.
Ale postanowiłam rozegrać to inaczej. W końcu i tak prędzej czy później będę musiała poznać tą tajemnice, którą skrywała a do tego czasu mogę uratować ich świat.
Mimo, że nie wybaczyłam ran które pozostały ani nie wygojonych blizn, postanowiłam im pomóc. A gdzie mnie to poniesie to już inna sprawa.
-Dobrze pomogę wam- zgodziłam się.
-Wspaniale!- wykrzyknęła rozentuzjazmowana Kalipso.
-Ale Marya będzie ze mną- powiedziałam twardo.
-Oczywiście- zgodziła się ochoczo.
-To może pójdę wziąć kilka rzeczy- mruknęłam.
Podniosłam się z siedzenia i już miałam iść, gdy zatrzymała mnie. Z uśmiechem wyjaśniła mi, że wszystko czego potrzebuje będzie czekało na mnie w komnacie, którą dostane. Wzruszyłam ramionami.
Spojrzała pytająco na mnie i Marye.
Skinęłyśmy głowami.
Stworzyła portal. Tak bardzo podobny do tego, który kiedyś zrobiła moja siostra.
Czekał mnie nowy, stary świat. Jak to śmiesznie brzmi. Nowy, stary...ale tak jest. Kiedyś to był mój dom, teraz odległe wspomnienie, które powraca.
 


środa, 4 lutego 2015

Rozdział III- Spotkanie

Wszedł polonista. Młody mężczyzna w wieku ok. 30 lat. Miał krótko ścięte czarne włosy i tego samego koloru oczy. Ubrany był w zieloną koszule i ciemne dżinsy.
-Witajcie- przywitał nas.
Grzecznie odpowiedzieliśmy.
Lekcje prowadził ciekawie, aż chciało się słuchać i słuchać.
W pewnym momencie rozejrzałam się po klasie. Wiele dziewczyn patrzyło się na niego z rozmarzonym wzrokiem. Zachichotałam cicho na ten widok. Na szczęście nikt nie zwrócił na to, no z pewnym wyjątkiem. Wiktor szturchnął mnie ramieniem i spojrzał pytająco. Wzruszyłam ramionami. Westchnął i znów skupił się na lekcji.
Zadzwonił dzwonek. Spakowałam książki i wyszłam z sali. Chłopak oczywiście za mną. Odwróciłam się do niego i uniosłam prawą brew.
-Hm?- mruknął.
-Czemu za mną chodzisz?- spytałam.
-A co? Nie mogę?
-Pomyślmy...-udałam, że się zastanawiam i spojrzałam na niego twardo- nie.
Sapnął zirytowany.
-Dlaczego?
-A dlaczego nie?
-Bo nikt mi się nie oprze...-posłał mi spojrzenie jakim chciał mnie chyba ,,poderwać''
Uśmiechnęłam się z kpiną i odeszłam.
Nagle przed oczami pojawiła mi się ciemność czułam, że coś jest nie tak. Osunęłam się na ziemie zanim straciłam przytomność.
Znalazłam się w jakimś dziwnym pomieszczeniu o błękitnych ścianach i jasnych meblach. Na jednym z foteli siedziała kobieta w długiej białej sukni ze srebrnymi nitkami u dołu spódnicy i rękawów. Marchewkowe włosy opadały kaskadami na ramiona. Zielone oczy patrzyły życzliwie, a usta rozciągały się w dobrodusznym uśmiechu. Patrzyła na mnie.
-Hm...dzień dobry-powiedziałam nieśmiało.
-Dzień dobry- odarła- siadaj, proszę.
Zrobiłam to i popatrzyłam na nią z pytaniem wypisanym na twarzy.
-Na pewno chcesz wiedzieć co tu robisz i jak się tu znalazłaś...-pokiwałam potakująco głową- No dobrze. Od czego by tu zacząć... jestem Kalipso i chcę prosić cię o pomoc.
-W jakiej sprawie?
-Chodzi o mojego bratanka Krzysztofa Kruszyńskiego...ma kłopoty.
-Przepraszam ale czemu pani mi o tym mówi? Jak ja miałabym mu pomóc? Przecież sama mam swoje problemy.
-Wiem, ale to bardzo ważne. Od tego zależą też twoje losy...- powiedziała tajemniczo.
Westchnęłam zrezygnowana.
-Co mam zrobi i gdzie znaleźć tego Kruszyńskiego?- mruknęłam.
Odpowiedziała mi uśmiechem.
-Adres znajdziesz w swoim pokoju na biurku kiedy wrócisz do domu. Numer telefonu masz już w komórce.
-Dobrze, a w czym mam mu pomóc?
Zaczęłam znikać, spojrzałam na nią zdziwiona. Posłała mi uspokajające spojrzenie.
-Dowiesz się, ale sama...-jej głos coraz bardziej cichł.
Pokiwałam jeszcze głową i już mnie nie było.
Ogarnęła mnie ciemność.
Ocknęłam si. Powoli otworzyłam oczy i napotkałam brązowe tęczówki.
-Aliea?
-Nie duch...
Uśmiechnął się z ulgą.
-Zemdlałaś.
-Gratuluje odkrycia...- mruknęłam.
Dopiero teraz zauważyłam, że mam głowę na jego kolanach, a on trzyma moją twarz w rękach.
-Mógłbyś mnie puścić?
-Jasne- wydawał się trochę zmieszany, ale wziął dłonie.
Podniosłam się, otrzepałam ubranie i wzięłam torbę, która mi upadła.
Rozejrzałam się i zdziwiona zauważyłam, że przygląda mi się wiele osób.
-Sytuacja opanowana, można się rozejść.
Popatrzyli po sobie chyba trochę zdziwieni i wrócili do swoich spraw.
Ruszyłam  do przodu i już byłam przy wyjściu, kiedy ktoś złapał mnie za ramię. Obróciłam się i znów spojrzałam w te czekoladowe oczy. Sapnęłam zirytowana i popatrzyłam na niego wyzywająco.
-Czego ty znowu chcesz?!- warknęłam strącając jego dłoń.
Usłyszeliśmy dzwonek mojej komórki. Wyciągnęłam ją z torby. Na wyświetlaczu pokazany był nieznany mi numer.Wcisnęłam zieloną słuchawkę.
-Słucham?
-Witaj, cukiereczku...-poznałam od razu ten głos.
-Spadaj.
Rozłączyłam się.
Nie dobrze...skoro zna już mój numer to tylko kwestia czasu kiedy nas znajdzie. A dopiero się tu wprowadziłyśmy. Może jak rozwiąże tę sprawę to będę miała od niego spokój?  Tylko jak ona tego dokona, w jaki sposób mi pomoże? Cóż zawsze warto spróbować.
-Aliea?
Wiktor wyrwał mnie z rozmyślań.
-Nie możesz się ode mnie wreszcie odczepić? Czy to tak trudno zrozumieć, że chcę chwili spokoju?- mój głos zabrzmiał płaczliwie.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ja też się zdziwiłam, od kiedy ja tak jęczę?
Mój telefon znów się rozdzwonił. Odebrałam.
-Aliea, musisz szybko wracać do domu. Mam złe wiadomości.
-Dobrze, już idę. Kto?
-Wiesz kto...
Westchnęłam.
-Wiem, pa.
Rozłączyłam się. Szybko wyszłam ze szkoły. Biegłam. Marya tylko w wyjątkowych sytuacjach każe mi wracać ze szkoły do domu i to w czasie lekcji. Cóż mam szczęście, nie będzie awantury. W końcu sama chciałam pójść do domu. Dotarłam na miejsce po jakiś piętnastu minutach (jestem niezłą biegaczką).
Szybko weszłam do budynku. Siostra czekała na mnie w korytarzu.
-Co się stało?- zapytałam rozbierając się z kurtki.
Dołączyła do nas kobieta z mojego ,,snu''- bo nie wiem jak to nazwać.
-Dzień dobry-powiedziałam.
-Witaj ponownie- odpowiedziała.
-Musimy poważnie porozmawiać...-zastygłam słysząc tak poważny ton głosu siostry.
Coś tu brzydko pachnie...
Bez zbędnych słów poszłyśmy do salonu, gdzie miała się odbyć ta rozmowa.

niedziela, 25 stycznia 2015

Rozdział II- ON

*** Siedziałam ciasno przywiązana do krzesła. Kostki i nadgarstki traciły dopływ krwi i powoli zaczynały mi cierpnąć. Byłam w ciemnym pomieszczeniu na środku którego stał mężczyzna z moich największych koszmarów. Blond włosy, miał krótko ścięte, oczy o niebieskim kolorze patrzyły na mnie wyzywająco. Usta były rozchylone w ironicznym,a za razem złośliwym uśmiechu. Całą swoją postawą pokazywał, że jestem dla niego nikim, ale się tym nie przejmowałam.
-Co cię do nas sprowadza?- zapytał i zaśmiał się ochryple wiedząc, że on jest górą.
Nie odpowiedziałam na jego zaczepki. Patrzyłam chłodno. Gestem kazał kogoś do siebie przyprowadzić. Koło niego padła na kolana, Nadia. Wstrzymałam oddech, moje serce biło szybciej, bałam się o nią.
Mój wzrok wędrował od niej do niego, a ja nie mogłam pojąć o co tu chodzi. Chociaż, nie...mogłam ale nie chciałam przyjąć tego do wiadomości.
-Ona nie ma z tym nic wspólnego-wysyczałam przez zęby- puść ją!
Po słowach, które padły z moich ust dało się słyszeć jego szaleńczy śmiech, to nie wróżyło niczego dobrego.
Zaczęłam się wiercić na krześle bez opamiętania.
Nie mogłam na to pozwolić, nie chciałam na to pozwolić.
Nie wiedziałam nawet z jakiego powodu Nadia ma tracić życie. Jaki w tym sens? Niczego nie rozumiałam, ale w tamtej chwili nie myślałam o tym tylko marzyłam, aby w tej chwili stał się jakiś cud.
Niestety przeliczyłam się cudu nie było...tylko rozpacz.
W mojej głowie kłębiło się tysiące myśli, a jedna najważniejsza nie chciała mnie opuścić: co mogę zrobić? Jak jej pomóc?
Nagle po pomieszczeniu poniósł się huk wystrzału. Nadia osunęła się na ziemie, a z pod jej ciała sączyła się czerwona krew. Zaczęłam krzyczeć, a moją piersią zawładną nie do powstrzymania, szloch. Po policzkach płynęły mi potoki łez.
On śmiał się jakby dostał wymarzoną zabawkę. Jego osiłki wzięły krzesło na którym siedziałam i zanieśli mnie na nim do innego pomieszczenia. Szarpałam się nie chcąc jej zostawiać samej. To jednak nic nie dało.
Rozwiązali mnie i trzymając mocno skuli. Nie mogłam się ruszyć, byłam jak sparaliżowana tylko głową mogłam kręcić.
Podszedł on i... ***
Wzdrygnęłam się, nie chciałam wspominać dalszej części tego zdarzenia.
Spostrzegłam, że w chwili zamyślenia, zatrzymałam się więc ruszyłam dalej. Po chwili dotarłam przed budynek szkoły. Smutny i szary, zniechęcał do wejścia. Ale cóż zrobić mus to mus.
Niepewnie wkroczyłam do środka. Powitał mnie ogłuszający hałas rozmowy wielu uczniów i nauczycieli. Wyjęłam z torby plan szkoły. Patrząc na niego skręciłam w prawo. Tam miały być szatnie. Doszłam do celu i na jednym z wolnych wieszaków powiesiłam ubranie wierzchnie. Znów spojrzałam na plan tylko tym razem lekcyjny.
Pierwszą miałam matematykę w sali nr 20. Wiedziałam, że jest na parterze. Więc poszłam jej oszukać. Po drodze zaczepiła mnie jakaś kobieta na około 40 lat. Miała czarne włosy i zielone oczy, a twarz pokrywały już zmarszczki.
-Słucham?
-Jesteś Aliea Szafir?
-Tak, a o co chodzi?
-Nazywam się Elżbieta Krusz jestem wychowawczynią klasy do której będziesz przynależeć.
Podała mi rękę i uścisnęłam ją. Zadzwonił dzwonek.
-Miło mi panią poznać...
Uśmiechnęła się ciepło.
-Zaprowadzę cię do odpowiedniej klasy, gdzie masz teraz lekcje?
-W sali numer 20.
-Dobrze, chodźmy.
Poszłam za nią. Stanęłyśmy przed drzwiami do pomieszczenia. Zapukała lekko, a za razem stanowczo.
Po czym weszła do środka, gestem okazała abym szła za nią i tak zrobiłam.
Wszyscy patrzyli się na mnie z nieukrywanym zaciekawieniem, a ja poczułam się trochę niekomfortowo.
-Pragnę wam przedstawić waszą nową koleżankę, Aliee Szafir. Niedawno się tu przeprowadziła więc proszę bądźcie dla niej mili i wyrozumiali.  Usiądź gdzieś, kochaniutka.
Ruszyłam do ostatniej ławki, która była wolna. Stała przy ścianie, trzecia od przodu. Zajęłam swoje miejsce, a nauczycielka matematyki- wysoka, koścista kobieta o farbowanych blond włosach- wznowiła swoją lekcje.
Czułam ciężar skierowanych na mnie spojrzeń. Wiedziałam, że wzbudzę zainteresowanie, ale tak wielkiego się nie spodziewałam, a raczej nie byłam do niego przyzwyczajona.
Nie słuchałam tego co mówiła nauczycielka, siedziałam tylko pogrążona w myślach.
Drgnęłam zaskoczona kiedy zadzwonił dzwonek obwieszczający przerwę. Spakowałam swoje książki i ruszyłam ku wyjściu z klasy. Zostałam niestety zatrzymana w połowie drogi. Przede mną stanął typowy narcyz. Uniosłam brew w niemym pytaniu, na co on wyszczerzyła się cwaniacko.
-Cześć śliczna...
-Odsuń mi się z drogi- syknęłam przez zęby.
-Uuu, ostra. Lubie takie.
Westchnęłam ciężko i siłą odsunęłam go sobie z drogi. Stał tam jak kołek nie mogąc pojąć w jaki sposób to zrobiłam.
Wyszłam z pokoju z lekkim uśmiechem na ustach. Na początku byłam zadowolona ze swojego wyczynu, ale później uświadomiłam sobie co to mogło oznaczać. Spoliczkowałam się w myślach za swoją głupotę. Mogłam przecież sprowadzić kłopoty na siebie i Marye. Czego obie nie chciałyśmy. Spojrzałam znów na plan. Miałam mieć polski w sali 47, ale nie pamiętam na którym piętrze. Poszukałam w torbie kartki z rozmieszczeniem sal, ale nie mogłam jej znaleźć.
Znów westchnęłam. Czemu mnie prześladuje taki pech? Czym ja sobie na to zasłużyłam? Niestety na to pytanie nie znałam odpowiedzi. Chociaż szkoda...
Stałam tak na korytarzu zastanawiając się gdzie mam iść, niestety nic nie przychodziło mi do głowy.
Usłyszałam chrząknięcie za plecami. Odwróciłam się szybko na pięcie, a moje spojrzenie padło na brązowe, niemal czarne oczy. Były bardzo blisko, natychmiast się odsunęłam. Przede mną był chłopak, którego widziałam w drodze do szkoły.
-Cześć. Jak się nazywasz?
-Jestem Aliea Szafir, a ty?
-Wiktor Kruchy. Szukasz czegoś albo kogoś?
-Wiesz gdzie jest sala 47? Mam tam teraz lekcje, a gdzieś zgubiłam plan szkoły...
Wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Jasne choć.
Wziął mnie za rękę, ale się wyrwałam. Popatrzyłam na niego z uniesioną brwią. Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Westchnęłam zrezygnowana.  Doszliśmy na koniec korytarza i wspięliśmy się po schodach na drugie piętro. Potem podeszliśmy do drugich drzwi z lewej strony.
Otworzył je przede mną w geście dżentelmena. Skinęłam mu uprzejmie głową i weszłam do środka, on za mną.
-Jesteś z tej kasy?- zapytałam.
-Tak- uśmiechnął się- jak chcesz możesz siąść ze mną...
-Nie wierze! Żadna dziewczyna nie chciała z tobą siąść, to coś ty im robił?- powiedział ironicznie.
-Hm...chciało siąść wiele, ale wiesz...wszystkie były zbyt nachalne.
-Na prawdę! A cóż takiego uczyniłam, że zasługuje na ten zaszczyt?
-Nie wiem, ale coś wymyśle-mrugnął do mnie.
Parsknęłam śmiechem, a on ze mną.
-Dobra to może powiedz mi która ławka jest wolna?
-Niestety tylko te z przodu...
-No dobra to wole już siąść z tobą...
Poszedł przodem, zatrzymał się przy drugiej ławce od końca przy ścianie. On usiadł z lewej strony, a ja z prawej.
Zadzwonił dzwonek. Rozpakowaliśmy się i siedzieliśmy tak. Cały czas czułam ciężar spojrzeń na mnie skierowanych. Nie było to przyjemne.
-Kto się na mnie gapi?- mruknęłam do Wiktora.
Najpierw spojrzał zdziwiony, później rozejrzał się po klasie.
-Wszyscy, dziewczyny z zawiścią o mnie, a chłopaki ze szczerym zainteresowaniem...
-Wystarczyłoby to pierwsze słowo.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Rozdział I- 9 lat później

-Wstawaj! Jesteśmy na miejscu- powiedziała Marya szturchając mnie w ramie.
-Już, już wstaję- odezwałam się sennie.
Przetarłam dłonią oczy i ziewnęłam głęboko, przeciągając się.
Wyjrzałam przez okno. Nasz samochód stał przed nowoczesnym domkiem jednorodzinnym. Wysiadłam z auta i przyjrzałam się budynkowi. Był pomalowany na biało, z ciemnoczerwonym dachem i tego samego koloru drzwiami. Taras który popieramy dwie kolumny był osłonięty. Jego podłoga pokryta była panelami. Na niej stała drewniana huśtawka i mały stoliczek. Na barierkach wokoło ustawiono doniczki pełne różnokolorowych kwiatów. Przez chwilę napawałam się tym widokiem.
Potem pomogłam Maryi wyciągać walizki z samochodu i przytaszczyć je do domu. Opadłyśmy zmęczone na fotele w salonie. Meble z jasnego drewna wspaniale tutaj wyglądały, a czerwona kanapa dodawała szyku. Ściany białe z czarnymi, skomplikowanymi wzorkami w rogach i szare zasłony w oknach.
-Zrobię lemoniadę- powiedziałam i wstałam ociężale z miękkiego siedzenia.
-Mamy cole i kostki lodu w zamrażarce...-podpowiedziała moja siostra.
Pokiwałam głową i skierowałam się do kuchni. Ściany były tam pomalowane na jaskrawą limonki. Meble były białe, tak samo jak podłoga zrobiona z płytek. Podeszłam do szafek i zaczęłam je otwierać dopóki nie znalazłam odpowiedniej. Wyjęłam dwie szklanki i nalałam do nich napoju. Wyłożyłam z lodówki pojemniczek z lodem i włożyłam po 4 kostki do każdego naczynia. Wróciłam do salonu i podałam Maryi jedną ze szklanek. Usiadłam znów na fotelu i zaczęłam pić powoli cole. Usłyszałyśmy dzwonek do drzwi. Wstałam, odłożyłam na stolik napój i poszłam do drzwi. Ostrożnie wyjrzałam przez wizjer. Stała tam starsza pani z ciastem na moje oko czekoladowym.  Otworzyłam drzwi, a staruszka uśmiechnęła się do mnie.
-Dzień dobry-powitałam ją.
-Dzień dobry. Jak miło, że ktoś zamieszkał w tym domu. Stał tyle czasy pusty...-zaczęła mówić.
-Tajk ja też się ciesze-powiedziałam-niech pani wejdzie-odsunęłam się od drzwi wpuszczając sąsiadkę do środka- Marya! Mamy gościa, sąsiadka przyszła!
Mimowolnie wyobraziłam sobie jak wyskakuje tu w swoim ulubionym stroju złożonym z czarnych leginsów, czarnej bluzki na grubszych ramiączkach i czarnej skórzanej kurtki z kozakami nad kostkę.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli.
Po chwili przyszła moja siostra. Uśmiechnęła się do kobiety i uścisnęła z nią dłoń przedstawiając się:
-Marya Szafir.
-Bożena Lubowska- odpowiedziała.
-A ja jestem Aliea- wtrąciłam nieśmiało.
-Jak miło. Przyjaciółki w moim sąsiedztwie. Mam nadzieje, że będziecie do mnie wpadać.
-Jesteśmy siostrami i z wielką przyjemnością będziemy chodziły do pani na pogaduszki. Teraz zapraszam do kuchni-gestem pokazała, aby szła za nią i ruszyłyśmy do kuchni.
Nalałam wody do czajnika i przygotowałam kubki z naparem. Usiadłam na krześle przy siostrze.
-Na jak długo się tutaj wprowadziłyście?- zapytała staruszka.
-Nie wiemy-odpowiedziała Marya niepewnie-czas pokaże!
Uśmiechnęłam się do pani Bożeny.
-Może zje pani coś?- zagadnęłam.
-Pokrój to ciasto, które przyniosłam, czekoladowe.
Na jej ustach pojawił się uśmiech, kiedy zobaczyła moją rozradowaną minę.
Zabrałam się krojenie smakołyku, przy okazji zalewając naszą herbatę wrzątkiem. Postawiłam kubki i talerze na stoliku.
Rozmawiałyśmy z miłą staruszką jeszcze jakąś godzinę.
Potem poszłyśmy z siostrą ją odprowadzić. Kiedy wróciłyśmy obejrzałyśmy jeszcze jakiś film w telewizji.
Nim się obejrzałam była 22:00. Weszłam do mojego pokoju. Niebieskie meble i pastelowe ozdoby, czarny dywan i pościel. Wszystko wyglądało cudownie.
Zabrałam niezbędne rzeczy i zamknęłam się w łazience. Po toalecie poszłam spać. Położyłam się i po chwili odpłynęłam do krainy snów.
Śniła mi się zielona łąka pełna kolorowych kwiatów. Siedziałam pod drzewem i patrzyłam na zachód słońca. Biała suknia, którą na sobie miałam marszczyła się na trawie.
W pewnym momencie pojawił się jakiś chłopak. Niebieskie tęczówki wpatrywały się we mnie natarczywie. Włosy o piaskowym odzieniu blondu poruszały się na wietrze. Czarna koszula powiewała w podmuchach delikatnego ciepłego wiatru.
Uśmiechnął się, podszedł do mnie usiadł obok nieprzerwanie patrząc na mnie.
Obudziłam się na dźwięk budzika.
Na chybił trafił wyłączyłam go. Ziewnęłam głęboko i przeciągnęłam się, siadając.
Podeszłam do szafy i wzięłam coś do ubrania. W łazience się przebrałam. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje odbicie. Pofarbowane, czarne włosy opadały kaskadami na moje ramiona nadając cerze bledszy odcień. Błękitne oczy patrzyła czujnie i nieufnie. Pełne usta rozciągały się w leniwym pozornie szczerym uśmiechu. Miałam na sobie granatową koszule w czarne paski i białe dżinsy.
Po oględzinach zeszłam na dół. Już w korytarzu słyszałam jak, Marya krząta się w kuchni, a do moich nozdrzy doszedł zapach cynamonu.
Weszłam do kuchni i powitałam siostrę szerokim uśmiechem wraz ze słowami:
-Dzień dobry!
Odwzajemniła mój gest i postawiła na stole dwa talerze z zapiekanką ryżową.
-Mhm...moja ulubiona. Kocham cię siostrzyczko.
Prychnęła.
-Jakbym nie wiedziała!
Zjadłyśmy śniadanie w przyjemnej ciszy.
Rozkoszowałam się smakiem dania i popijałam sokiem jabłkowym.
Gdy skończyłyśmy wzięłam nasze talerze i umyłam nad zlewem.
Potem pocałowałam ją w policzek, dziękując i poszłam do siebie.
Wzięłam torbę, spakowałam odpowiednie książki i już stałam w hallu, ubierając się. Gotowa opędziłam na przystanek autobusowy. Bo do szkoły miałam kawał drogi.
Szłam brukowaną ulicą tuż obok asfaltowej drogi, co rusz mijałam nieduże drzewa o zielonych liściach, połyskujących w promieniach słońca. Po drodze mijałam niewielu ludzi.
Wreszcie dotarłam do celu. Stanęłam przy czerwonym przystanku. Ściany ze szkła oblepione były plakatami, albo pomalowane grafit, a w niektórych miejscach nawet popękane.
Nie wyróżniałam się w tłumie. Czarna kurtka i biała apaszka były przewidywalnym zestawem.
Nadjechał mój autobus. Wsiadłam nieśpiesznie. Usiadłam na jednym z wielu wolnych miejsc i patrzyłam przez okno. O bilet nie musiałam się martwić, Marya załatwiła mi miesięczny jeszcze przed tym jak tu przyjechałam.
Pojazd ruszyła, a wraz z nim krajobraz. Mijaliśmy wiele małych sklepików, bloków i ludzi.
Każdy z nich gdzieś się spieszył. Szary tłum i niczym nie wyróżniające się postacie. Mimowolnie przypomniała mi się piosenka i jej wers,,Zakładasz szary płaszcz 
Łatwo wtapiasz się ...''  Na moich ustach mimowolnie zagościł uśmiech. Autobus zatrzymał się, a ja wysiadłam na tym przystanku. Ruszyłam nieśpiesznym krokiem w stronę liceum. Razem ze mną podążali tam też inni nastolatkowie.
Mijałam ich bez szczególnego zainteresowania. Aż nagle moją uwagę przyciągnął chłopak o piaskowych włosach. Odwrócił twarz w moją stronę. Ujrzałam brązowe oczy, średni nos i piękne usta.
Przez chwilę wydawało mi się, że widzę Jego.
Odwróciłam głowę, a w moich myślach pojawiła się czarna otchłań wspomnień...


wtorek, 16 grudnia 2014

Prolog

Biegłam najszybciej jak potrafiłam. Powoli zaczynało brakować mi tchu. Ale wytrwale parłam na przód. Marya trzymała mnie za rękę i co chwilę pośpieszała:
-Aliea szybciej!-szeptała gorączkowo spoglądając za mnie co chwilę.
Widziałam w jej oczach strach. Nie miałyśmy innego wyjścia, nasza jedynat szansa to ucieczka.
Nogi bolały mnie coraz bardziej, nie zwracałam na to uwagi. Pośpieszała mnie myśl tego co nam zrobią jeśli nas złapią.
Z oddali dobiegały mnie odgłosy kroków żołnierzy, podążających w miarowym tempie. Zagłębiłyśmy się w zielony gąszcz. Siostra pociągnęła mnie między krzewy dzikiej róży. Zamknęła na chwilę oczy, zwalniając.
Domyślałam się, że stworzyła dla nas iluzje która miała nas ochronić, zymałyśmy się przed bramą ułożoną z roślin. Marya wyciągnęła z skórzanej sakiewki, przyczepionej do pasa, biały proszek, błyszczący w promieniach słońca.
Zdmuchnęła go w wolną przestrzeń miedzy roślinami. Szepnęła pod nosem jakieś słowa, przed nami pojawiła się niebieska tafla jakby z wody. Ona przeszła bez wahania do niej. Z lekkim wahaniem poszłam w ślad za siostrą. Stałyśmy w jakimś prostopadłościanie o przeźroczystych ścianach. Zewsząd otaczają nas ciemność, a od czasu do czasu rozprasza ją jakiś przebłysk. Nagle pojawiło się oślepiające światło, przez chwilę nic nie wiedziałam. Gdy mój wzrok powrócił do normalnego stanu zauważyłam, że stoimy między dwoma budynkami. Marya wyciągnęła mnie z zaułka i stanęłyśmy przed ulicą, którą co chwilę mknęły samochody
-Witaj, na Ziemi Alieo. W naszym nowym świecie w...-po jej policzkach popłynęły łzy.
-W naszym nowym domu-dokończyłam za siostrę wiedząc, że ona nie da rady tego powiedzieć, jeszcze nie teraz.
Kryształowe krople błyszczały na naszych policzkach.
W mojej głowie krążyło kilkanaście pytań, a najważniejsze:
,,Jak damy sobie radę?'', ,,Czy będziemy tu bezpieczne?'' i ,,Co będzie z rodzicami, czy nic im się nie stanie?''